Każdy ma jakiś plan. O nieprzewidywalności w branży deweloperskiej

Dwa identyczne wnioski, dwie urzędniczki siedzące biurko w biurko – i dwie zupełnie różne decyzje

Kiedyś myślałem, że działanie w deweloperce jest w gruncie rzeczy w miarę proste. Przygotujesz dobrą dokumentację, zatrudnisz dobrego architekta, dobrego kierownika budowy, dobrego wykonawcę, dobrego sprzedawcę – i biznes idzie do przodu. Prawo jest takie samo dla wszystkich, więc złożenie dokumentacji powinno skończyć się taką samą decyzją, jaką dostałby każdy inny inwestor w tej samej sytuacji.

Potem złożyliśmy dwa wnioski o pozwolenie na budowę – na dwa etapy tej samej inwestycji. Ta sama ulica, te same budynki, identyczna dokumentacja, ten sam projekt, ten sam urząd, ten sam architekt. Problem był tylko jeden: nasza dokumentacja trafiła do dwóch różnych urzędniczek, które siedzą biurko w biurko, kilka metrów od siebie, w tym samym pokoju.

Pierwsza powiedziała: wszystko w porządku, dokumentacja kompletna, pozwolenie bez większych problemów.

Druga powiedziała, że dokumentacja jest niekompletna. Nie chodziło o brakujący podpis czy formalność. Chodziło o dodatkowe opracowania, dodatkowy projekt, dodatkowe uzgodnienia – a co za tym idzie, dodatkowe koszty i dodatkowych ludzi do zatrudnienia. Do tego dodatkową inwestycję w ramach budowy, kosztującą kilkadziesiąt tysięcy złotych. Etap, który dostał pozytywną decyzję, tych wymagań w ogóle nie miał.
W tym momencie pojawia się frustracja. Jak normalnie prowadzić biznes, jeśli nie wiadomo, czego dokładnie urząd będzie ode mnie oczekiwał?

I wtedy zrozumiałem coś, co zmieniło sposób, w jaki patrzę na całą branżę. W deweloperce największym ryzykiem nie jest budowa. Nie jest wykonawca. Nawet nie jest sprzedaż. Największym ryzykiem są rzeczy, których nie da się wpisać do Excela – bo Excel zakłada, że świat działa logicznie. A świat bardzo często działa przez interpretacje konkretnych ludzi. I te interpretacje mogą być zupełnie różne, nawet kiedy dotyczą identycznej sytuacji.

Dlatego doświadczony deweloper, niezależnie jak bardzo pewna wydaje się inwestycja, zawsze zakłada bufor czasowy – bo obsuwa, najczęściej związana z dokumentacją, ale czasem też z budową czy sprzedażą, jest po prostu normą. Zakłada też bufor finansowy, bo działa tu coś w rodzaju prawa Murphy’ego: jeśli coś może trwać albo kosztować więcej – to będzie trwać albo kosztować więcej. I na każdą sytuację ma plan B, często też plan C, D i E.

 

Dzieje się tak nie dlatego, że deweloper z definicji zakłada najgorsze. Dzieje się tak, bo wie, że rzeczywistość – zwłaszcza w konfrontacji z przepisami i urzędami, jakie mamy – po prostu nie jest do końca przewidywalna.
Jeśli jesteś inwestorem i zastanawiasz się, czemu tylko część projektów kończy się sukcesem, a inne katastrofą – odpowiedź rzadko leży w samej budowie. Leży w rzeczach, które na początku nikt nie wpisuje do harmonogramu.

Bo doświadczenie w nieruchomościach nie polega na tym, żeby wiedzieć co robić, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem. Wtedy wszystko jest proste. Doświadczenie polega na tym, żeby wiedzieć co robić, kiedy plan przestaje istnieć.

Mike Tyson mówił, że każdy ma plan, dopóki nie dostanie ciosu w twarz. W deweloperce, zwłaszcza w długich projektach, ten cios przychodzi prawie zawsze. Pytanie nie jest, czy go dostaniesz. Pytanie jest, czy będziesz mieć plan na wypadek, gdy to się stanie.

Podoba Ci się to, co robimy? Polub i obserwuj w social media:

Chcesz dowiedzieć się więcej o nieruchomościach i inwestowaniu?

ZOBACZ


Powrót na listę wpisów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *