Ile kosztuje toaleta? Zależy, kto płaci.
Jakiś czas temu trafiłem na materiał, który zestawia wyceny publicznych inwestycji z tym, co realnie kosztuje budowa. I szczerze – jako ktoś, kto codziennie liczy koszty mieszkań w przeliczeniu na metr, miałem ochotę usiąść.
Toaleta publiczna przy drodze – 165 000 zł. Druga, w Parku Skaryszewskim w Warszawie – 650 000 zł, budowana ponad 3 lata, do tego stopnia, że internet ochrzcił ją „toaletą Trzaskowskiego”. Podest z desek 3×6 metra w Olsztynie – 270 000 zł. Ławki z palet w Warszawie – 920 000 zł (potem rozebrane).
A u nas, w Krakowie, mieliśmy swoją wersję tego absurdu – ławkę rzeźbiarską na placu Biskupim za 228 000 zł. Sam plac kosztował 6,1 mln zł, a ta jedna ławka – metalowo-drewniana konstrukcja, na której mogło usiąść kilkanaście osób – stanowiła niemal 4% całego budżetu. Po kilku miesiącach zaczęła pękać.
Dla porównania – w naszej branży, kiedy ktoś usłyszy, że na flipie mamy 30% marży, regularnie pojawia się komentarz „ale przepłacacie”. 30% na całym projekcie, po 2 latach pracy, z ryzykiem po naszej stronie.
A tu mamy inwestycje, gdzie – licząc po kosztach materiałów i robocizny – marża wychodzi w okolicach kilku tysięcy procent. I nikt nie pyta „czy to nie za drogo”.
Różnica jest prosta, choć rzadko się o niej mówi.
Kiedy ja albo jakikolwiek deweloper wydaje pieniądze na inwestycję – to są nasze pieniądze. Każda złotówka przepłacona na materiałach, każdy dzień zwłoki ekipy remontowej – to koszt, który ktoś realnie poczuje. My albo nasz klient.
Kiedy te same pieniądze wydaje ktoś inny w ramach przetargu – to są „publiczne pieniądze”. Czyli teoretycznie niczyje. A jak coś jest niczyje, to nikt specjalnie nie pilnuje, czy ławka rzeźbiarska za 228 tys. zł rzeczywiście musi tyle kosztować – i czy przetrwa pierwszą zimę.
Mam wrażenie, że to jest jeden z powodów, dla których tak trudno wytłumaczyć ludziom, na czym polega praca dewelopera albo flippera.
Bo my musimy realnie wycenić każdy element – materiały, robociznę, czas, ryzyko – bo jeśli się przeliczymy, to wynik widzimy na koncie, nie w komunikacie prasowym.
A jednocześnie deweloperom dokłada się kolejne obowiązki – drogi, oświetlenie, place zabaw, przedszkola w ramach offsetów – podczas gdy te same rzeczy, robione bezpośrednio przez miasto, czasem kosztują dziesięciokrotność realnej wartości.
Nie piszę tego, żeby się czepiać urzędników – większość z nich pewnie robi, co może, w systemie, który sam siebie nie kontroluje.
Piszę to bardziej jako przypomnienie – dla siebie i dla każdego, kto liczy budżety na poważnie – że dyscyplina kosztowa to nie jest coś, co przychodzi samo. To efekt tego, że ktoś musi te pieniądze zarobić, zanim je wyda.
A jak nie musi – to wychodzą ławki za 920 000 zł, które po wakacjach już nie istnieją, albo toalety, na których budowę czeka się dłużej niż na pozwolenie na budowę bloku.
To już koniec tego wpisu 😊 Ale jeśli masz niedosyt, to poniżej kilka kolejnych, które mogą Cię zainteresować:
Powrót na listę wpisów


